
Wzdłuż pasa kolejowego przy przejeździe w Trablicach od lat stała woda, powodując gnicie tamtejszego drzewostanu, namnażanie komarów, utrudnienia w komunikacji polną kolejową drogą po północnej stronie torów i wreszcie – wyparcie zajęcy przez kaczki. Wody, strat i kaczek zamiast zajęcy by nie było, gdyby Starosta radomski poważnie podchodził do swoich ustawowych zadań i mniej czasu poświęcał „uświetnianiu” swą osobą politycznych imprez, a więcej merytorycznej pracy – za którą my podatnicy mu płacimy. W tym przypadku Starosta POWINIEN wymuszać na właścicielach rowów i cieków wodnych (wydając decyzje administracyjne) obowiązek utrzymywania ich w stanie drożności.
We wpisie z dnia 15 lipca 2015 obiecałem Czytelnikom, że po uzyskaniu odpowiedzi Starosty radomskiego na zapytanie ile wydał nakazów odtworzenia zasypanych rowów w ostatnich dwóch kadencjach samorządu – poświęcę tej sprawie kolejny wpis.
Jak mówiłem tak robię.
Po ponad trzech miesiącach uzyskałem odpowiedź i jest ona niestety zgodna z moimi przewidywaniami.
Z oficjalnego pisma Starostwa wynika, że w latach 2006-2010,
a więc w okresie, gdy urząd Starosty Radomskiego pełnił obecny Wójt Kowali Tadeusz Osiński wydano
ZERO
decyzji nakazujących udrożnienie rowów. W kolejnej zaś kadencji, kolejny Starosta z PSL-u wydał 3 decyzje (słownie: trzy).
Dlaczego Starosta Osiński przez 4 lata nie wykonywał swoich zadań w tak ważnym zakresie dla prawie 150 tysięcy mieszkańców powiatu radomskiego?
Dlatego, że były one bezprzedmiotowe, że nie było podtopień, że wody nie zalewały posesji i budynków? Dlatego, że mieszkańcy nie pisali pism, nie składali wniosków, nie przychodzili w gumowcach uzbrojeni w kije do zawracania wód, nie popadali we wściekłą rozpacz w zderzeniu z biernością administracji?
NIE, NIE, NIE – pisma były pisane, telefony dzwoniły, lało jak z cebra, pękały chmury, siniało niebo, wściekała się przyroda na pozasypywane rowy, niedrożne sączki, zachwaszczone koryta cieków i sztuczne zapory podwyższonych przez chciwych inwestorów gruntów.
Wściekała się przyroda na bierność Starosty, na brak przezorności, na jego bezproduktywne trwanie na Urzędzie.
Ale inwestorzy kochali kiedyś Pana Jasia i kochali Pana Tadzia i kochają go teraz – za nie czynienie przeszkód przy budowie, za ignorowanie procedur, za praktyczne porady jak obejść prawo, za faworyzowanie silniejszych, cwańszych i bogatszych.
W roku 2009 i 2010 (wtedy gdy Starostą był jeszcze T. Osiński) pracowałem w Urzędzie Gminy w Kowali w nowo powstałym Referacie od rolnictwa, ekologii i wód – uznanym później przez byłego bezczynnego w wodach Starostę za twór zbędny dla mieszkańców (za niezbędny zaś – twór Wicewójta i Doradcy)
Do rangi symbolu urasta późniejsze przeistoczenie się bezczynnego wodnie Starosty w powiatowego Bezrobotnego, który w roku 2011 „pracując” przecież jako Przewodniczący Rady Powiatu „dorabiał” sobie do diet Przewodniczącego zasiłkiem dla bezrobotnych co mu dało rocznie 31 650 zł brutto dochodu z diet oraz 8894 netto zasiłku – wszystko to ze środków publicznych (to dane z oświadczenia majątkowego).
Jak widać tego rodzaju styl u kandydata na najwyższy urząd w Gminie (w powiecie przecież wybierają PARTYJNI, a nie ELEKTORAT), nie stanowił przeszkody, aby pod koniec 2014 r. jeszcze raz wśliznąć się do Gminy w charakterze wielkiego Autorytetu, Mojżesza, który przeprowadzi lud przez rozstępujące się wody.
I trzeba przyznać, że Mojżesz na razie ma szczęście, bo jest sucho, tak jak było sucho w epoce Ministra Budownictwa Pana Jasia, a za Stanika lało jak z cebra.
Były Starosta odniósłby się zapewne (gdyby urzędnicza duma pozwalała mu tu pisać) do zarzutów o bezczynność wodną argumentem, że przecież nikt nie składał wniosków.
Na wszelki wypadek wyjaśniam zatem, że postępowanie administracyjne w oparciu o art. 77 ust. 2 Prawa wodnego wszczyna się z urzędu, a nie na wniosek – albowiem ustawa nic nie mówi o wniosku.
Każde więc podpisane pismo zawierające informację, że jakiś rów jest niedrożny, każdy telefon o zalewaniu winny skutkować wszczęciem postępowania, po ustaleniu właściciela rowu.
Poza tym urzędnicy powiatowi mogą przecież (i powinni) przeprowadzać okresowe inwentaryzacje, oględziny terenu – gdyby tak się działo, właściciele rowów stracili by ten zapał do ich zasypywania.
W tej kwestii jednak Starostwo wykazało się niezwykłą wręcz „zapobiegliwością” podczas niedawnej (około 2 lata temu) aktualizacji geodezyjnej budynków i gruntów; urzędnicy powiatowi postanowili wtedy rowy uczynić niczyimi; nie wiem czy zostało to zrealizowane, ale gdyby tak – to Starosta nie musiałby nic robić, bo gdy nie ma strony postępowania, to nie może być i samego postępowania i nie może być nakazu.
Jest jednak (jeszcze) nadzieja, że jakiś sensowny system ochrony przed lokalnymi podtopieniami zacznie wkrótce działać; pisałem już o planowanej przez Rząd „rewolucji wodnej”, polegającej na przekazaniu rowów i cieków w zarząd gminom, które miałyby obowiązek ich utrzymywania, a właściciele gruntów – ponoszenia na ten cel obowiązkowej opłaty.
Nie wiadomo jednak, czy nowy Rząd, którego populistyczny architekt chce teraz drzewa sadzić zielonym do dołu, nie zablokuje „rewolucji wodnej” i czy zamiast udrażniać rowy nie zaczniemy na nich stawiać pomników ludzi nowej władzy.
I tą absurdalną przepowiednią kończę ten wpis, przytaczając jeszcze raz cytowany już na tym blogu cytat z „Folwarku zwierzęcego” Georga Orwella:
„… po kilkuletniej nieobecności, na folwarku znów pojawił się kruk Mojżesz. Nie zmienił się ani na jotę, nie pracował i jak dawniej gadał o Raju Zwierząt.”